Autor Wątek: Cechy urzeczywistnienia - różne pytania  (Przeczytany 3932 razy)

dżonny

  • Gość
[#]   « 2017-09-30, 10:08:25 »
.
Ja się wkurzałam, próbowałam uzdrawiać temat różnymi sposobami i nic to nie dawało.
W końcu doszło do mnie, że muszę obić mordę moim krzywdzicielom

Facilite , fajny przyklad , tez doszedlem wczesniej do takich roznych wnioskow, ze gdy kiedys się na cos nie zareagowalo to sie za nami ciagnie i po reakcji jest jak ręką odjąl , a uzdrawianie "rozwojowe" na to nie dzialalo (swoją drogą to podchodzi pod błędne przekonanie nt RD , ze rzeczy musza / mają odpuszczac w ten sposob , ze to najlepsze wyjscie, ale to chyba cos jak strzelanie do muchy z armaty)

Ogolnie jestem za tępieniem / zglaszaniem takich zachowan i robieniem wokol siebie porządku ;) , to fajna cecha i traktowanie siebie z nalezytym szacunkiem. Nie moze byc tak , ze zryte berety będa sie dzielic swoim zryciem na całą okolice. Wkurzylo mnie tez kiedys nawet , jak jakies nastolatki jarali ziolo zbyt blisko mojego 'rewiru' tj na pobliskim placu zabaw (poczulem zapach poznym wieczorem) , bylem wk..... ale tamtym razem odpuscilem, choc jestem za bezlitosnym tępieniem osobnikow jarających g... i tym samym popularyzujacych / normalizujacych je wsrod rowiesnikow (bylo tam duzo normalnych nastolatkow w tym dziewczyn) , niech sp.... na Jamajke ! i g mnie obchodzi ze chlopaczek mialby przesrane , moze by sie zesral w gacie i posypal skad to wzial , co poskutkowaloby jeszcze dalej idacym oczyszczeniem otoczenia ;)
« Ostatnia zmiana: 2017-09-30, 10:11:41 wysłana przez dżonny »

Facilite

  • Gość
[#]   « 2017-09-29, 23:59:23 »
To jest tak że jeśli ofiara, nie przeżyje bólu krzywdy, i nie skopie dupy oprawcom, lub też się nie postawi, to na końcu, cień przejmie kontrolę.

Hehe, dokładnie tak - kula w łeb :P

Tak, bo o siebie często trzeba zawalczyć. A czasem solidnie przypier***
Najpierw faktycznie jest wykańczająca walka, a potem coraz bardziej spokojne działania, aż do całkowitego spokoju i wolności.

Mnie zawsze bardzo denerwowały hałasy. I one dosłownie za mną chodziły. W moim mieszkaniu w mieście, w domu na wsi, w wynajętym mieszkaniu po którymś tam spokojnym dniu obudził mnie młot pneumatyczny, okazało się, że zaczęli dłuższą przebudowę piwnic. W wynajętym domu - szczekanie psów i budowa domu na sąsiedniej działce (zaczęli po naszej przeprowadzce). Nawet w hotelu mieliśmy zazwyczaj hałaśliwych sąsiadów. Dosłownie szok.
Ja się wkurzałam, próbowałam uzdrawiać temat różnymi sposobami i nic to nie dawało.
W końcu doszło do mnie, że muszę obić mordę moim krzywdzicielom (niekoniecznie tym, którzy hałasowali, bo hałas pokazywał mi tylko, że ktoś mnie krzywdzi) i zawalczyć o poszanowanie moich praw (z tymi, którzy hałasowali).
No więc zaczęłam obijać. I równolegle zaczęłam chodzić po ludziach i dopominać się o swoje.

W naszej klatce jest 12 mieszkań, a ja w 6 mieszkaniach interweniowałam ;) W niektórych po kilka razy, bo zmieniali się właściciele. Gdy tylko była głośniejsza muzyka (a ja spałam), głośny telewizor (a ja chciałam spać), albo klupanie młotkiem (też chciałam wtedy spać), to szłam i prosiłam o ciszę. Zawsze skutkowało.
Na początku z nerwów i strachu cała się trzęsłam (do tego nie miałam wsparcia od męża, bo twierdził, że przesadzam, skoro nikt się nie skarży tylko ja). Teraz po dawnych wątpliwościach i strachu nie zostało nawet śladu - gdy muszę do kogoś iść, to robię to całkiem na luzie (a zdarza się to bardzo rzadko, np. ostatnio ktoś na parterze <a ja mieszkam na 3, heh> puścił w nocy głośną muzę, to zeszłam i spokojnie powiedziałam, żeby wyłączył, bo to nie ta godzina. Zrobił to i gitara).

Mam teraz spokój i ciszę. Kiedy jest u mnie babcia, nie może się nadziwić, że mamy takich cichych sąsiadów (ona też zwraca na to uwagę). Bo faktycznie to chyba najspokojniejsza klatka na osiedlu. Jak idę w nocy ulicą, zwłaszcza w sobotę, to wszędzie tylko muzyka, hałasy, krzyki i imprezy. Nie pojmuję, dlaczego ludzie sobie na to pozwalają, zamiast zadzwonić na policje, jeśli boją się osobiście interweniować. Np. w mojej klatce też tylko ja w ten sposób reaguję. Inni się złoszczą (wiem, bo mi mówią), ale siedzą cicho. A nawet pukali się w czoło (że to niby niebezpieczne, lepiej siedzieć cicho i w spokoju znosić burdy), gdy nasyłałam policję na jednego kryminalistę-alkoholika z dołu (a wolałam wezwać policję, bo przemawianie do tak zrytego beretu nic by nie dało, poza tym bałam się, że nie wytrzymam i uszkodzę dziada, a pójdę siedzieć jak za człowieka ;). No i dzięki moim działaniom został eksmitowany.

Tak więc teraz mam spokój i w mieszkaniu (sama wywalczyłam) i w domu na wsi (samo się uspokoiło), no i nie muszę niczego wynajmować, żeby sobie w ciszy odpocząć. A gdy czasem trzeba zwrócić komuś uwagę, robię to bez większych emocji.
No i mordy krzywdzicieli obite, więc nie wydzierają się tak, jak kiedyś ;)
« Ostatnia zmiana: 2017-09-30, 00:05:24 wysłana przez Facilite »

Facilite

  • Gość
[#]   « 2017-09-29, 13:55:39 »
Ontoja, wyczuwam, że zostałeś zraniony :/

Idąc tym tropem myślowym, to by trzeba było się zamknąć w pustelni do czasu wypracowania harmonii w sobie i dopiero potem kontaktować się z jakimikolwiek ludźmi ;)
Nie wiem, być może jestem za wielką idealistką ;), ale uważam, że dobry, wspierający związek można mieć na każdym etapie swojego życia.
I nie o to chodzi, żeby nie było problemów, zawsze będzie wychodzić dysharmonia. Problemy zawsze będą (przynajmniej do pewnego momentu), ale chodzi o to, żeby je skutecznie i z zaangażowaniem rozwiązywać.
Dobry związek to przede wszystkim kwestia czystych intencji (czyli szczerych chęci i nieuciekania od problemów, życzliwości wobec siebie i tej drugiej osoby i zaangażowania). I to wystarczy, żeby wspierać się w rozwiązywaniu problemów, a nie ich tworzeniu.
Tak na marginesie - jeszcze stopień otwarcia na zmiany u każdego z partnerów jest ważny. No ale to już inna kwestia [kwestia tego czy jest się dobranym czy nie, bo gdy nie jest się dobranym, to czyste intencje nie wystarczą].

Ostatnio też doznałem czegoś podobnego w śnie .Nawet się dowiedziałem imienia tej osoby :)
To chyba było najpiękniejsze doświadczenie w moim zyciu ... a przecież w astralu ?!? :o

Ja też kilka razy (chyba 2, a przynajmniej tyle teraz pamiętam) przeżyłam coś takiego we śnie :) Też z konkretną, ale nie znaną mi osobą. I też było to coś bardzo, bardzo pięknego :D

ontoja

  • Wiadomości: 1 168
  • Płeć: Mężczyzna
  • Status: Obserwator
[#]   « 2017-09-29, 01:28:19 »
Moje zdanie na dziś jest takie ,że jak się samemu ze sobą nie jest szczęśliwym i w harmonii to mozna przyciągnąć harmonijnego partnera ale niestety dysharmonia z sobą prędzej czy później wyjdzie .Wszystko zabieramy ze sobą.Harmonijny to on bedzie tylko potencjalnie ale się tej harmonii nie wykorzysta .Można uzdrowić relacje ze sobą już bedac w zwiazku ale kto wie czy to nie trudniej bo emocje z dwóch stron się nawarstwiają .

Ostatnio też doznałem czegoś podobnego w śnie .Nawet się dowiedziałem imienia tej osoby :)
To chyba było najpiękniejsze doświadczenie w moim zyciu ... a przecież w astralu ?!? :o

Facilite

  • Gość
[#]   « 2017-09-29, 00:41:48 »
Bo dobry związek z sobą to podstawa, bez tego nie ma szans na dobry związek.Inaczej to tylko uzaleznienie , w ktorym upatrujemy sposobu na szczescie a ktore tego nie zapewni.Jak woda , ktora nie gasi pragnienia.

Generalnie zgadzam się z tym, co piszesz, ale ja chyba jednak nie do końca o tym.

Bo przecież nie jest tak, że udane, harmonijne związki mogą tworzyć wyłącznie osoby, które mają dobry związek ze sobą. Nie, to jest - powiedziałabym - jakiś rodzaj fałszywego przekonania. Nie trzeba czekać na dobry związek, aż będzie się doskonałą, nie trzeba się całe życie oczyszczać, uzdrawiać, każdy zasługuje na harmonijnego partnera już teraz. A to, że nie każdemu jest to dane, to właśnie kwestia fałszywych przekonań (i lęku przed bliskością). I w związku z tym podświadoma awersja do harmonijnej relacji.
[i na pewno jeszcze coś, ale nie o tym chciałam tutaj]

Ja to widzę tak, że są jakby dwie drogi do szczęścia (tak upraszając).
Jedna - to wybór uzdrawiającej miłości z zewnątrz, wybór właśnie tego związku z harmonijnym partnerem. Sam rezonans między partnerami będzie tak silnie działał, że po prostu uzdrowi (albo pomoże uzdrowić) zranienia i "naprawi" relację każdego z nich z sobą samym.
Druga droga, to droga od środka: Tutaj uzdrawiającą rolę pełni miłość do samej siebie. I kiedy jestem już zaspokojona (tą swoją miłością), wtedy pojawia się harmonijny partner.

A którą drogę się wybierze, to już zależy od preferencji danej osoby.
Mnie bardziej podoba się ta druga, a np. takiemu Clintowi, czy takiej Kindze R. ta pierwsza :)

Ja tak to odbieram, że są te dwa rodzaje miłości (choć to cały czas ta sama miłość).
Bo odczuwałam kilka razy już totalnie bezwarunkową miłość do siebie. Wtedy istniałam jakby tylko ja i sama siebie odczuwałam jako niesamowitą przyjemność.

No i całkiem niedawno poczułam też miłość do kogoś innego, a właściwie nie, to ktoś inny był tylko jakby zapalnikiem tej miłości. To było tak, że zaakceptował mnie z moimi największymi wadami i poczułam się tak dobrze ze sobą, jak wtedy gdy odczuwałam do siebie miłość. Tylko że to było inne, tak samo mocne, tak samo przyjemne, ale po prostu inne. Bo czułam też jego i innych ludzi, ale nie czułam pożądania, czy tęsknoty. Nie musiał przy mnie być, bo i tak czułam go w swoim sercu :) Niesamowite.

No ale do czego dążę. Mimo że oba doświadczenia były tak samo piękne i intensywnie przyjemne, tak sobie myślę, że chyba jednak wolałabym zagłębić się w uczucie do siebie :P
Taki czuję głód siebie.

No dziś to już trochę minęło to przyjemne uczucie spełnienia z wczoraj [bo miałam do czynienia z okropną manipulantką w banku i wytrąciła mnie z równowagi :(], więc już podchodzę z nieco mniejszym entuzjazmem do tego mojego podejścia, bo wyszły moje braki, no i wróciły tęsknoty za tym, żeby ktoś z zewnątrz mnie uratował i przykleił plasterek na moje chore serduszko.
Ale i tak (pomimo chwilowej niedyspozycji) wiem, co wolę :P

[choć nie jestem już tego aż tak pewna :(]
« Ostatnia zmiana: 2017-09-29, 00:45:53 wysłana przez Facilite »

Facilite

  • Gość
[#]   « 2017-09-28, 23:59:46 »
To jest tak że jeśli ofiara, nie przeżyje bólu krzywdy, i nie skopie dupy oprawcom, lub też się nie postawi, to na końcu, cień przejmie kontrolę.

Całkiem niedawno napisałam komuś, że bardzo lubię te słowa:

"Są w ojczyźnie rachunki krzywd,
obca dłoń ich też nie przekreśli,
ale krwi nie odmówi nikt:
wysączymy ją z piersi i z pieśni.
Cóż, że nieraz smakował gorzko
na tej ziemi więzienny chleb?
Za tę dłoń podniesioną nad Polską -
kula w łeb!"

I że zamiast "ojczyzna, Polska" wystarczy podłożyć "ja" i powstanie mój protest song ;)
Hehe, dokładnie tak - kula w łeb :P

Doctor Who - ciekawy musi być. Nie znałam tego serialu. Chętnie zalookam (choć dla mnie może być nieco za mroczny ;)

Pisywałem na cud, oraz na tutaj, więc jakby ... chyba coś tam prywatnie też zamejlowałem do Ciebie, z czymś tam ;) nie ważne :P

Kojarzę cię też z kilku rozwojowych wcieleń, oraz kilka innych osób ze swojego życia, ale tamte raczej aktywnie w rd nie siedzą.

O rany, to czemu ja Cię nie kojarzę?!
Ani z Cudu, ani znikąd :P Jesteś dla mnie taki nowy i świeży. No ale ja też się sobie często taka wydaję (dopiero się poznaję ;p), więc to moje uczucie nie jest miarodajne :)
Ale fakt faktem, nie mam pojęcia, kim byłeś na Cudzie i dlaczego Cię nie pamiętam.
Bo to, że nie kojarzę Cię z poprzednich wcieleń, nie jest dla mnie dziwne - ja w ogóle nie pamiętam takich rzeczy. Tzn. czuję czasem, że mnie coś z kimś łączy (do uzdrowienia, albo i nie), ale nie wnikam za bardzo, skąd to wynika. Bo też nie jestem w stanie tego określić.
Ale Ciebie tak nie postrzegałam nigdy. Gdy zaczęłam (ponownie) czytać to forum, jeszcze przed zarejestrowaniem się, zobaczyłam Twoje wpisy i wydałeś mi się ciekawy i interesujący, taki inny, ale na pewno nie znajomy :P

Więc dwa nieuki zostały ;PP

Hahaha, dwa nieuki, co to śnią o tym, że nie zdają do następnej klasy ;))

--> wirtualnie raczej :P Chociaż jak będzie nam to pisane, to spotkamy się pewnie ... na koncercie "Pippi & Pezet" xD (za mikrofonem rzecz jasna ;p)

No rzecz jasna! :D


Czasem lepiej wybrać jest "białe kłamstwo", jeśli jest coś cenniejszego do ochraniania  - w sensie swoje życie, i swój dalszy rozwój.

Dokładnie tak. Kiedyś brzydziłam się kłamstwem, każdym. I czułam obrzydzenie do siebie, że musiałam kłamać (żyć w fałszu). I gdy tylko się dało, wybierałam mówienie prawdy. Ale czasem tym siebie krzywdziłam, więc postanowiłam nauczyć się kłamać bez poczucia winy w sytuacjach, gdy jest to konieczne do obrony siebie.
Teraz takie sytuacje są coraz rzadsze i być może kiedyś będę mogła całkowicie zrezygnować z tego narzędzia :)

Mateusz

  • Wiadomości: 1 234
  • Status: Obserwator
[#]   « 2017-09-28, 21:43:41 »
Przychodzi ten etap buntu, kiedy wychodzą negatywne rzeczy, ale czy można sie temu dziwić skoro podjęło się uzdrawianie życia, relacji z sobą, z innymi. Teraz to rozumiem. Wiem, że po jednym uzdrowieniu przychodzi kolejna porcja, a po jej uwolnieniu robi się nieco lżej i spokojniej.
Byłem tak zbuntowany, że zapisałem kilka zeszytów o tym, co myśle o sobie. Wtedy nie było mi do śmiechu, ale też miałem wsparcie i poczucie, że ja to mam robić. Pisanie przynosiło mi oczyszczenie. Wielką pomocą jest tu modlitwa o spalenie tych rzeczy.

Później przyszło do mnie, że mam tolerować siebie.
Np. dlaczego mam atakować siebie, skoro toleruję siebie.
dlaczego mam nie lubić siebie skoro toleruję siebie.
dla czego mam sie oskarżać, skoro toleruję siebie.

Kupiłem sobie książkę - Modlitwy uzdrawiające życie, Sonii Choquette. Jest tam dużo modlitw na różne tematy. 

 

Lilliole

  • Wiadomości: 1 554
  • Płeć: Kobieta
    • Twórcy Życia
  • Agnieszka Redkowiak, ThetaHealing zaawansowany, Regresing, Terapia Wewnętrznego Dziecka www.tworcyzycia.pl
  • Status: Uzdrowiciel
[#]   « 2017-09-28, 15:27:48 »
Właściwie chciałem napisac to samo.

ontoja :-)

ontoja

  • Wiadomości: 1 168
  • Płeć: Mężczyzna
  • Status: Obserwator
[#]   « 2017-09-28, 14:27:25 »
Ja odkryłem , ze dla mnie najwazniejsze w zyciu sa relacje z ludzmi.Reszta to tło, scenografia.Najszczesliwszy w zyciu bywalem gdy bylem wsrod ludzi gdzie byly cieple relacje i zrozumienie.Ja tez lubie lubic i byc lubiany.
Niestety tez widzenze takie podejscie mnie uzaleznia i jest moja slaba strona bo czuje sie niefajnie gdy ktos mnie nie lubi.Szukam przyczyny w sobie.Mam gdzies w sobie tesknote za miejscem gdzie miedzy istotami jest tylko miłość i czuje smutek , ze tu jednak tak nie jest i nigdy nie bedzie.
Mimo wszystko widze ze sa osoby ktorych prawie wszyscy lubia .To osoby ktore nie maja "dymow"do innych .Wiem tez ze mozna polubic osoby ktorych sie nie lubilo i ich stosunek tez sie zmienia.Sa osoby ktorych wielu nie lubi ale jak sie do nich zblizyc to sie okazuje ze da sie je polubic.Nie tak dawno mialem mozliwosc doswiadczyc tego na sobie.Z osobami do ktorych mialem awersje nawiazalem dosc fajne relacje.Nie sa to relacje na przyjazn ale bylismybw swoim otoczeniu i przez ten czas bylo fajnie.Szczerze bylem tym wszystkim bardzo zdziwiony.

ontoja

  • Wiadomości: 1 168
  • Płeć: Mężczyzna
  • Status: Obserwator
[#]   « 2017-09-28, 14:11:34 »
Miałam cos podobnego,
miałam taki czas, że mocno pracowałam nad tym wzorcem i bywałam mocno niemiła, poszłam w drugą skrajność - że mam d. czy mnie ktokolwiek lubi, poodganiałam ludzi od siebie.

Ale teraz mam tak, że ja lubię lubić.
Samo uczucie lubienia jest dla mnie mocno przyjemne. Ale chodzi o to czy ja sama lubię.
To czy ktos mnie lubi jest miłym dodatkiem. Ale tez fajnie.
Jak kogos nie lubię odczuwam jako nieprzyjemne uczucie. Mozliwe więc, że czasami staram się polubić kogos na siłę przez jakis czas. Ale najcześciej po prostu unikam takich osób, nie podtrzymuję kontaktów.
Z drugiej strony wiem, że jest tak, że te osoby, które mnie w jakis sposób drażnią przedstawiają te aspekty mnie, których nie lubię, którymi pogardzam. Mój cień. Coraz częściej szukam tego w sobie i znajduję. Jak jestem gotowa. Czasem nie jestem.
Właściwie chciałem napisac to samo.

ontoja

  • Wiadomości: 1 168
  • Płeć: Mężczyzna
  • Status: Obserwator
[#]   « 2017-09-28, 14:08:32 »
Wczoraj, kiedy to napisałam i zastanowiłam się nad tym, to poczułam się bardzo, bardzo dobrze. Tak radośnie i spokojnie*. Poczułam coś na kształt spełnienia (a raczej zapowiedzi - jak mogłoby być pięknie, gdybym taki stan osiągnęła). I doszłam do wniosku, że właśnie musiałam odkryć swoją prawdziwą preferencję w temacie związkowym.
Pamiętam, jak Clint pisał tutaj (i jeszcze na Cudzie) o tym, że jego największym pragnieniem i celem jest związek z dobraną partnerką. Wiedział czego chce i to osiągnął.
Ja też bardzo się ucieszyłam, gdy doszło do mnie, czego chcę najbardziej. Bo chcieć to móc :)

Dla mnie związek z drugą, bliską mi osobą jest bardzo ważny. Chciałabym mieć udane życie partnerskie. Ale jednak jest to sprawa drugorzędna. Najważniejsze dla mnie to udany związek z samą sobą.

Odkąd sięgam pamięcią lubiłam przebywać sama ze sobą i to moje wewnętrzne życie cieszyło mnie najbardziej. Byłam też towarzyska i lubiłam bawić się z koleżankami (do tego byłam rozrabiaką i wszędzie mnie było pełno), jednak najbardziej lubiłam wychodzić w pola (gdy byłam u babci na wsi) najczęściej z psem i tam rozkoszować się widokami, rozmyślać, śpiewać.
Gdy byłam u siebie w mieście też najbardziej lubiłam bawić się sama ze sobą w domu. Mama wyganiała mnie na podwórko, a potem (jako nastolatka) już sama wychodziłam i imprezowałam, żeby się jej przypodobać (jej córka musiała mieć dużo znajomych i być duszą towarzystwa, jak ona). Ale i tak najbardziej lubiłam bycie ze sobą, tworzenie własnej filozofii ;P, pisanie wierszy, czy tworzenie muzyki. Lubiłam obcować ze swoim wnętrzem, no ale wtedy byłam bardzo, bardzo daleko od siebie.
Potem - już w małżeństwie - też potrzebowałam samotności jak powietrza, ale tutaj nie umiem ocenić, czy to była moja zdrowa potrzeba, czy ucieczka od tego co boli, czyli od zagarniającego męża. No ale fakt jest faktem, że zawsze to co wewnątrz mnie było dla mnie najważniejsze i liczyło się dużo bardziej niż to, co na zewnątrz. A gdy traciłam z tym kontakt, to potwornie cierpiałam.

Dlatego cieszę się ogromnie, że już wiem, czego chcę w temacie związku (a ostatnio ten temat jest u mnie na tapecie). Najpierw udany, satysfakcjonujący związek z sobą, a potem związek z pasującą do mnie osobą :D
<yeah>

* I dziś nadal czuje tę radość :))) A w nocy spałam tak mocno i spokojnie, jak dziecko :D
[a ostatnimi czasy nie sypiałam najlepiej]

Bo dobry związek z sobą to podstawa, bez tego nie ma szans na dobry związek.Inaczej to tylko uzaleznienie , w ktorym upatrujemy sposobu na szczescie a ktore tego nie zapewni.Jak woda , ktora nie gasi pragnienia.

Wiking23

  • Wiadomości: 225
  • Płeć: Mężczyzna
    • c
  • Status: Obserwator
[#]   « 2017-09-28, 13:08:11 »


Miałam cos podobnego,
miałam taki czas, że mocno pracowałam nad tym wzorcem i bywałam mocno niemiła, poszłam w drugą skrajność - że mam d. czy mnie ktokolwiek lubi, poodganiałam ludzi od siebie.

No właśnie ja mam trudno bo to nie tylko zdjęcie wizerunku, ale też cień - czyli wszystkie negatywne emocje, i uczucia, które gdzieś się odkładają - takie ciemne alter ego (oczywiście ukrywane wiadomo). W sensie, że okej jest się "miłym" na siłę, gdzieś się za to dostaje, jest się ofiarą np. ale też wraz z tym rodzi się cień, i on wzrasta, gdzieś w piwnicy. To jest tak że jeśli ofiara, nie przeżyje bólu krzywdy, i nie skopie dupy oprawcom, lub też się nie postawi, to na końcu, cień przejmie kontrolę. Chociaż to jest już taki krytyczny przypadek.



Doctor ma swoją ciemną stronę.

"When you began all those years ago, sailing off to see the universe, did you ever think you'd become this? The man who can turn an army around at the mention of his name: Doctor. The word for healer and wise man throughout the universe. We get that word from you, you know, but if you carry on the way you are, what might that word come to mean?"

https://www.youtube.com/watch?v=Zopz92dO2MA



"Demons run when a good man goes to war.
Night will fall and drown the sun,
When a good man goes to war.
Friendship dies and true love lies.
Night will fall and the dark will rise,
When a good man goes to war.
Demons run, but count the cost.
The battle's won, but the child is lost.
"



hahaha, Wiking, no nie mogę, Ty mnie chyba znasz osobiście :D (???)

Pisywałem na cud, oraz na tutaj, więc jakby ... chyba coś tam prywatnie też zamejlowałem do Ciebie, z czymś tam ;) nie ważne :P

Kojarzę cię też z kilku rozwojowych wcieleń, oraz kilka innych osób ze swojego życia, ale tamte raczej aktywnie w rd nie siedzą. Więc dwa nieuki zostały ;PP

--> wirtualnie raczej :P Chociaż jak będzie nam to pisane, to spotkamy się pewnie ... na koncercie "Pippi & Pezet" xD (za mikrofonem rzecz jasna ;p)


Tak właśnie było ze mną (i nie twierdzę, że to już całkowicie za mną).
I dla mnie naprawdę to miało śmiertelne znaczenie. Bo gdybym nie dostosowała się do tego, czego oczekiwała ode mnie mama, to naprawdę mogłabym umrzeć (w dzieciństwie. Mama jest sadystką). Gdyby mnie nie polubiła (choć trochę), to nie byłoby z jej strony ani odrobiny ciepła, którego dziecko potrzebuje do życia, a pewnie robiłaby mi to, co robiła mojemu ojcu (czyli to na mnie by się wyżywała nie tylko psychicznie, ale też fizycznie).
A tak grałam w jej drużynie, więc zazwyczaj nie miałam większych <fizycznych> obrażeń. I dlatego nauczyłam się wzorca - jeśli chcę przeżyć, muszę się podobać, muszę się dostosować, muszę być lubiana. Za wszelką cenę.

I dobrze, bo wybrałaś ochronę siebie jakby nie było ,w tej sytuacji. Dzięki temu łatwiej ci się rozwijać i poszerzać świadomość teraz, oraz wychodzić z tych wzorców dostosowywania się. Czasem lepiej wybrać jest "białe kłamstwo", jeśli jest coś cenniejszego do ochraniania  - w sensie swoje życie, i swój dalszy rozwój.

Facilite

  • Gość
[#]   « 2017-09-28, 11:20:54 »
http://is4.mzstatic.com/image/thumb/Purple111/v4/44/0b/36/440b36ab-ceb8-2257-74bb-d39bd71fdb57/source/1200x630bb.jpg :}

hahaha, Wiking, no nie mogę, Ty mnie chyba znasz osobiście :D (???)

(...) bo mam bardzo mocne wzorce, i potrzeby wizerunkowe, i żeby być lubianym zawsze i wszędzie i przez każdego [Jakby to czy ktoś mnie lubi miało śmiertelne znaczenie dla mnie...].

Tak właśnie było ze mną (i nie twierdzę, że to już całkowicie za mną).
I dla mnie naprawdę to miało śmiertelne znaczenie. Bo gdybym nie dostosowała się do tego, czego oczekiwała ode mnie mama, to naprawdę mogłabym umrzeć (w dzieciństwie. Mama jest sadystką). Gdyby mnie nie polubiła (choć trochę), to nie byłoby z jej strony ani odrobiny ciepła, którego dziecko potrzebuje do życia, a pewnie robiłaby mi to, co robiła mojemu ojcu (czyli to na mnie by się wyżywała nie tylko psychicznie, ale też fizycznie).
A tak grałam w jej drużynie, więc zazwyczaj nie miałam większych <fizycznych> obrażeń. I dlatego nauczyłam się wzorca - jeśli chcę przeżyć, muszę się podobać, muszę się dostosować, muszę być lubiana. Za wszelką cenę.

WIEDŹMIN

"Zło jest złem mniejsze czy większe nie ma różnicy (...)
jeśli mam wybierać między złem a złem, wolę nie wybierać wcale"

No jacha!
Też zabijałabym potwory. I to nie tylko wirtualnie :P

W temacie muzyki - ja mam ogromny rozrzut (od death metalu po poezję śpiewaną :) Praktycznie lubię utwory z każdego gatunku (wybieram zgodnie z tym, co mi w duszy gra w danej chwili), choć muzyki poważnej raczej nie wybieram z własnej woli :P

Fun fact - jak zaczynałem rozwój to chciałem być jak mistrzowie dalekiego wschodzi, słuchałem karunesha i relaksacyjny duchowej muzyki, a teraz gerard i pezet ;>

Też próbowałam w coś takiego się  wsłuchiwać (choć karunesha akurat nie znam), ale szybko zrezygnowałam :P
Za nic w świecie nie odstawiłabym Kazika Staszewskiego, czy mojego ulubionego RATM :D

Rytm w abstrakcjach i koncepcjach, za to lubię hip hopowe utwory (jak to tam jest, oczywiście ;p) :D
Pezet -hahaha, "w naszej krwi jest kuroniowska zupa" :)))) Dobry tekst, nie znałam :D

Lilliole

  • Wiadomości: 1 554
  • Płeć: Kobieta
    • Twórcy Życia
  • Agnieszka Redkowiak, ThetaHealing zaawansowany, Regresing, Terapia Wewnętrznego Dziecka www.tworcyzycia.pl
  • Status: Uzdrowiciel
[#]   « 2017-09-28, 11:14:50 »

 bo mam bardzo mocne wzorce, i potrzeby wizerunkowe, i żeby być lubianym zawsze i wszędzie i przez każdego [Jakby to czy ktoś mnie lubi miało śmiertelne znaczenie dla mnie...].

Miałam cos podobnego,
miałam taki czas, że mocno pracowałam nad tym wzorcem i bywałam mocno niemiła, poszłam w drugą skrajność - że mam d. czy mnie ktokolwiek lubi, poodganiałam ludzi od siebie.

Ale teraz mam tak, że ja lubię lubić.
Samo uczucie lubienia jest dla mnie mocno przyjemne. Ale chodzi o to czy ja sama lubię.
To czy ktos mnie lubi jest miłym dodatkiem. Ale tez fajnie.
Jak kogos nie lubię odczuwam jako nieprzyjemne uczucie. Mozliwe więc, że czasami staram się polubić kogos na siłę przez jakis czas. Ale najcześciej po prostu unikam takich osób, nie podtrzymuję kontaktów.
Z drugiej strony wiem, że jest tak, że te osoby, które mnie w jakis sposób drażnią przedstawiają te aspekty mnie, których nie lubię, którymi pogardzam. Mój cień. Coraz częściej szukam tego w sobie i znajduję. Jak jestem gotowa. Czasem nie jestem.

Facilite

  • Gość
[#]   « 2017-09-28, 10:35:41 »
Tak sobie myślę, że wystarczyłoby mi chyba, gdyby mnie lubiła (tak naprawdę) tylko jedna osoba. I bardzo bym chciała (najbardziej), żebym to ja była tą osobą. Wtedy czułabym się spełniona :) Mogłabym być sama i czułabym się dobrze, i mogłabym być z ludźmi, których lubię i też czułabym się dobrze. Czyli niezależnie od sytuacji czułabym się dobrze :)
Naprawdę byłoby fajnie :)

Wczoraj, kiedy to napisałam i zastanowiłam się nad tym, to poczułam się bardzo, bardzo dobrze. Tak radośnie i spokojnie*. Poczułam coś na kształt spełnienia (a raczej zapowiedzi - jak mogłoby być pięknie, gdybym taki stan osiągnęła). I doszłam do wniosku, że właśnie musiałam odkryć swoją prawdziwą preferencję w temacie związkowym.
Pamiętam, jak Clint pisał tutaj (i jeszcze na Cudzie) o tym, że jego największym pragnieniem i celem jest związek z dobraną partnerką. Wiedział czego chce i to osiągnął.
Ja też bardzo się ucieszyłam, gdy doszło do mnie, czego chcę najbardziej. Bo chcieć to móc :)

Dla mnie związek z drugą, bliską mi osobą jest bardzo ważny. Chciałabym mieć udane życie partnerskie. Ale jednak jest to sprawa drugorzędna. Najważniejsze dla mnie to udany związek z samą sobą.

Odkąd sięgam pamięcią lubiłam przebywać sama ze sobą i to moje wewnętrzne życie cieszyło mnie najbardziej. Byłam też towarzyska i lubiłam bawić się z koleżankami (do tego byłam rozrabiaką i wszędzie mnie było pełno), jednak najbardziej lubiłam wychodzić w pola (gdy byłam u babci na wsi) najczęściej z psem i tam rozkoszować się widokami, rozmyślać, śpiewać.
Gdy byłam u siebie w mieście też najbardziej lubiłam bawić się sama ze sobą w domu. Mama wyganiała mnie na podwórko, a potem (jako nastolatka) już sama wychodziłam i imprezowałam, żeby się jej przypodobać (jej córka musiała mieć dużo znajomych i być duszą towarzystwa, jak ona). Ale i tak najbardziej lubiłam bycie ze sobą, tworzenie własnej filozofii ;P, pisanie wierszy, czy tworzenie muzyki. Lubiłam obcować ze swoim wnętrzem, no ale wtedy byłam bardzo, bardzo daleko od siebie.
Potem - już w małżeństwie - też potrzebowałam samotności jak powietrza, ale tutaj nie umiem ocenić, czy to była moja zdrowa potrzeba, czy ucieczka od tego co boli, czyli od zagarniającego męża. No ale fakt jest faktem, że zawsze to co wewnątrz mnie było dla mnie najważniejsze i liczyło się dużo bardziej niż to, co na zewnątrz. A gdy traciłam z tym kontakt, to potwornie cierpiałam.

Dlatego cieszę się ogromnie, że już wiem, czego chcę w temacie związku (a ostatnio ten temat jest u mnie na tapecie). Najpierw udany, satysfakcjonujący związek z sobą, a potem związek z pasującą do mnie osobą :D
<yeah>

* I dziś nadal czuje tę radość :))) A w nocy spałam tak mocno i spokojnie, jak dziecko :D
[a ostatnimi czasy nie sypiałam najlepiej]