Autor Wątek: Relacje rodziców z dziećmi  (Przeczytany 14863 razy)

hydrozagadka

  • Wiadomości: 2 693
  • Płeć: Kobieta
  • http://rozpuszczanieswiatlem.pl/ Zwrot-odzyskiwanie energii, rozpuszczanie więzów karmicznych, rozpuszczanie blokad i węzłów.
  • Status: Ekspert
[#]   « 2012-08-24, 18:51:51 »
BlackRose - a ta umowa o dzieło jest może z 50% kosztami przychodu? Jak dla mnie to jest najlepszy sposób zarabiania - płacisz minimum haraczów, a i łatwiej sobie negocjować wyższe pensje - bo i zatrudniający wtedy prawie nic nie płaci za Ciebie dodatkowo (koszty zatrudnienia są niskie). Przy prawidłowej negocjacji umowy, masz i urlop płatny i opiekę zdrowotna (prywatną). Czyli nie potrzeba pracować na etat, by mieć te "przywileje".

Na etat to obecnie przyjmują chyba tylko firmy państwowe, a prywatne tylko w wyższych pionach kadrowych - nawet duże koncerny prywatne jakieś 90% pracowników zatrudniają obecnie na "o dzieło".

Pracowałam na umowę o dzieło jakieś 7 lat i szczerze mówiąc z żalem się ostatnio rozstawałam z taką formą rozliczeń z Państwem;)

bziuuummm

  • Gość
[#]   « 2012-08-24, 18:46:37 »
Ja mam z kolei coś takiego:
wyprowadzam się, wracam, wyprowadzam, wracam do domu bo sytuacja zdrowotna rodziców tego wymaga, są już wiekowi
pomijając motyw niemożności rozwijania skrzydeł ruchem jednostajnie przyspieszonym i takie tam bla bla
mam odczucie, że rodzice przestali byc moimi rodzicami juz jakies dobre kilka lat temu,
ciężko to opisac
czuję te ich schizy w sobie
ale oni sami są jakby ode mnie odłączeni
są jak obcy na ulicy
i to nie ja to spowodowałam to się zadziało samoistnie
very , very dziwne

Black Rose - u mnie tez czy stała czy dorywcza - wedle mamuśki- i tak jest źle i nie taka jak trzeba bo ona by chciała taką a taką dla swojej córusi , czarnej owcy rodziny ;) a tak serio to sama nie wie czego ode mnie chce i wywala swoje frustracje, kreton jeden :O
Nie cierpie jej ale kocham ogólnoludzko

Najlepsza ponad wszystko jest szybka wyprowadzka
no chyba, że ktos  ma inną drogę z rodzicami do przejścia to można mieszkać na innym piętrze i tez jest ok :)

powodzenia wszystkim z tymi ludźmi , którzy rolę naszych rodziców powzięli :D

Blackrose

  • Wiadomości: 1 331
  • Płeć: Kobieta
  • Access Bars, psychoterapia, masaże, uzdrawianie duchowe
  • Status: Zaawansowany
[#]   « 2012-08-24, 18:36:40 »
Mi się na razie udało znaleźć pracę na umowę o dzieło, nic stałego. Ale i tak w domu nikt mnie nie docenia. Chcą stałej pracy, której ja znaleźć nie mogę/nie potrafię - nie wiem. Staram się, ale obecnie jest jak jest.

Clint,
mi też strzelają podobne teksty, coraz mniej mnie interesują. Im więcej uzdrowienia poczucia winy, tym spokojniej i bardziej w porządku się czuję przy takich zaczepkach. Reaguję przytomniej i idzie się z rodzinką dogadać, wyjaśnić na spokojnie co i jak. Gdzieś mi jeszcze trzyma mocny smutek i bezradność, że nie umiem sobie od razu poradzić. Od razu po studiach przecież powinnam zostac biznesmenem! Tak uważają. Najgorsze jest to, że całe życie jeżdzą mi po głowie, zaniżają samoocenę, przeżywam masę traum, a potem nagle bum i masz iść do pracy, założyć rodzinę - po prostu sobie poradzić. A ja nie potrafię. Wymagałam terapii i to konkretnej. Mam poczucie winy, za czas, który sobie daję do ogarnięcia się. Czasem czuję się słaba, że źle organizuję sobie życie. Ojciec od razu po studiach (dzień po obronie) odciął mi dopływ alimentów uważając, że nie musi bo mam pracować. To chore, wiem. Ogarniam obecnie własne emocje, wytykanie sobie słabości, takie rozmemłanie i niemożność podjęcia decyzji w materii.

Clint,
nawet jak jakieś lęki Ci pozostały czasem warto podjąć pewne ryzyko, pójść w to usamodzielnienie. Im dłużej się wahasz, tym potem trudniej może być odejść, zrobić to o czym marzysz. Rodzinę trzeba przyzwyczajać do pewnych sytuacji. Im prędzej zaczynasz, tym więcej masz czasu na próby, na zmiany, na lepsze decyzje.

Clint

  • Wiadomości: 2 543
  • Płeć: Mężczyzna
    • Boski Spokój
  • Łukasz Kubiak - analizy, modlitwy, dekrety - zapraszam na stronę boski-spokój.pl
  • Status: Ekspert
[#]   « 2012-08-24, 17:53:57 »
Ostatnio jakoś tak przy okazji powiedziałem rodzicom o swoich planach związanych z szukaniem stałej pracy po wakacjach i w miarę możliwości finansowych - wynajęciu sobie jakiegoś pokoiku w Poznaniu. Stwierdziłem, że lepiej ich przygotować psychicznie, żeby się z tym oswoili i nie żeby ich szok nie zabił.

Ojciec w miarę spoko zareagował, coś tylko mi tam gadał o tym jak ciężko będzie mi się przestawić z tych luksusów, które mi tu zapewnia na takie studenckie minimum. Chyba nie docenia mojej po ascetycznej zdolności do adaptacji do kiepskich warunków mieszkaniowych. Zresztą byle gdzie też nie zamierzam mieszkać, bo widzę chociaż po moich znajomych że za tą samą kasę można wynajmować zarówno zwykłą melinę jak i całkiem ładny pokoik w zadbanym i wyremontowanym mieszkaniu. Wystarczy po prostu dobrze trafić, a ja nie mam noża na gardle, więc będę mógł szukać czegoś na spokojnie.

Matka zaś, jak to matka udaje że niby spoko, ale wali jakimiś tekstami, które mają mnie zniechęcić. "Weź już nie kombinuj, najpierw skończ studia, a potem będziesz myślał...". Próbowała mnie już mnie straszyć tym, że ciężko o pracę, że tyle kasy się wydaje na utrzymanie, kiepskimi warunkami, strasznie męczącą koniecznością gotowania, prania i reszty obowiązków i czymś tam jeszcze, ale jakoś mnie jej argumenty nie przekonują.

Przyznam że jeszcze jakieś kilka miesięcy temu nadchodząca wizja usamodzielnienia się przerażała mnie, że marzyłem jedynie o tym, aby móc ją odsunąć jak najdalej w czasie, byleby tylko mieć jak najwięcej czasu na uzdrawianie swoich ograniczeń i przygotowanie się do tego strasznego procesu. Miałem straszną potrzebę zaplanowania wszystkiego, tak aby mieć wszystko pod kontrolą, co miało mi dawać poczucie bezpieczeństwa i gwarancje, że nic się nie rypnie.

A teraz jest jakoś tak dużo spokojniej. Skłamałbym gdybym powiedział, że czuje się całkowicie bezpiecznie i pewnie, ale poziom tych lęków spadł na tyle wyraźnie, że już mnie nie paraliżuje. Nie zamierzam się spieszyć czy presjonować, chce sobie na spokojnie, w swoim tempie zająć znalezieniem pracy, a potem czegoś do wynajęcia. Cieszy mnie to, że obecna praca pokazała mi moją elastyczność i wszechstronność - tak jak większość osób znalazła sobie dość szybko ulubione zajęcia i się ich trzymała - tak ja imałem się praktycznie wszystkiego, chcąc się sprawdzić w każdym możliwym zadaniu. I teraz widzę, że naprawdę mogę robić wiele różnych rzeczy, więc nie powinienem mieć jakiś wielkich problemów ze znalezieniem pracy - szczególnie, że wczoraj czytałem iż wskaźnik bezrobocia w Poznaniu jest teraz najniższy w całej Polsce.

Mam też dodatkową motywację do usamodzielnienia się - widzę jak rodzice kombinują z własną działalnością, gdzie ojciec chce matce założyć własną firmę w której będzie strzygła psy po zaledwie 3 tygodniowym kursie. Co prawda jeszcze rozważają to, żeby się wpierw gdzieś zatrudniła i nabrała doświadczenia, co też zamierzam im wbić do łbów. Biorąc pod uwagę, że ojciec może w każdej chwili stracić robotę z powodu restrukturyzacji to w połączeniu z przynoszącym straty biznesem i ich niespłaconym kredytem na dom byłoby lekką katastrofą. Dlatego też dość egoistycznie, martwiąc się o własny tyłek chcę im przemówić do rozsądku póki tu mieszkam, a potem to niech sobie co chcą - mogą sobie nawet kupy na patyku sprzedawać.

Szczerze mówiąc nie wiem na ile to wynika ze zdrowego dystansu, a na ile ze znieczulicy z powodu żali do nich, ale generalnie mam całkowicie gdzieś co się z nimi stanie, dopóki mnie to nie dotyka. Kilka dni temu jak przyszedłem do domu z pracy, to ich nie było i przyjechali dopiero późnym wieczorem. I jak tak siedziałem w pustym domu to zaczęły przychodzić myśli w stylu "ciekawe czy żyją czy też np. zginęli w wypadku samochodowym". I szczerze mówiąc było mi to całkowicie obojętne - przez chwilę tylko chłodno kalkulowałem czy nie miałbym za dużo kłopotów ze sprzedażą niespłaconego domu i czy ubezpieczenie na wypadek ich śmierci (ta, mają takie) wystarczyłoby, aby pokryć bieżące wydatki przez jakiś czas, itd.

Dlatego jak czytam o tym, jak ktoś się bardzo przejmuje swoimi rodzicami i ich problemami, to chociaż rozumiem skąd to się bierze, to jest to dla mnie wielka abstrakcja. No, ale może to dlatego że zawsze taka była konstrukcja mojej rodziny - każdy się przejmował tylko sobą i dla każdego liczyło się tylko to, aby jego potrzeby były zaspokojone. Ojciec to wymuszał siłą i zastraszeniem, matka po cichu manipulując, a ja próbowałem wyciągać na litość jako ofiara.

Blackrose

  • Wiadomości: 1 331
  • Płeć: Kobieta
  • Access Bars, psychoterapia, masaże, uzdrawianie duchowe
  • Status: Zaawansowany
[#]   « 2012-08-24, 13:04:19 »
Ja również dostrzegam, że z rodziną coraz mniej, niewiele mnie łączy. Nie ma o czym rozmawiać, nawet przez telefon. Dzwonię, aby dać znać, że żyję i mam się dobrze, albo, że mam pieniądze na jedzenie. Kiedyś miałam lepszy kontakt zarówno z matką jak i ojcem. Z ojcem nie rozmawiam już 3 lata, z matką kontakt sporadyczny, sztuczny. Ciężko patrzeć na jej cierpienie, wolę się odciąć i zapomnieć. Czasem korzysta z sesji, coś tam próbuje zmieniać, ale kiepsko jej to wychodzi, bo trzyma się uparcie wyuczonych mechanizmów. Ja nie mogę i nie mam siły z tym walczyć. Nie ma to jak być terapeutą dla własnej rodziny - to nawet nie jest zdrowe, bo można się jedynie uwikłać i zwątpić.
 
Gdy oni nie chcą skorzystać z terapii i innej pomocy, trudno. Uczenie się samodzielności bywa skomplikowane, ale jest opłacalne, tak samo jak zasługiwanie na dobre życie pomimo, że rodzina topi się w swoim bagnie.

Inga

  • Gość
[#]   « 2012-08-24, 12:41:20 »
A nie wiążesz tego z tym że się wyprowadziłaś? I przez już tyle od Ciebie nie ciągnie?

Blackrose

  • Wiadomości: 1 331
  • Płeć: Kobieta
  • Access Bars, psychoterapia, masaże, uzdrawianie duchowe
  • Status: Zaawansowany
[#]   « 2012-08-24, 11:19:37 »
Mam dokładnie taki sam problem z moją matką, która czuje się coraz gorzej. Niedawno miała sesję to skorzystała, ale ogólnie ciężko mi żyć w szczęściu gdy przypominam sobie o jej nieszczęściu.

Inga

  • Gość
[#]   « 2012-08-24, 10:51:07 »
I wzbudzają to poczucie winy dopóki mają z tego korzyści.

Mateusz

  • Wiadomości: 1 213
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-08-24, 10:18:18 »
Oj, rodzice potrafią wzbudzać poczucie winy.

Pamiętam, że swego czasu zainspirowała mnie Luisa Hay, co opisała w swojej książce- Możesz uzdrowić swoje życie, na końcu, o swojej historii, jak zmieniało sie jej podejście do matki, kiedy uzdrawiała siebie. 

carolieen

  • Wiadomości: 1 064
  • Płeć: Kobieta
    • www.openwings.pl
  • Karolina Kozielska, terapia WHH i Stanów Szczytowych, zebiegi węzłów karmicznych, www.openwings.pl,
  • Status: Uzdrowiciel
[#]   « 2012-08-24, 09:26:43 »
Kurde, mam jakieś głębokie poczucie winy, że nie potrafię jej pomóc. Ona upada, a mi pozostaje jedynie na to patrzeć, bo nic nie mogę zrobić wbrew jej woli...

carolieen

  • Wiadomości: 1 064
  • Płeć: Kobieta
    • www.openwings.pl
  • Karolina Kozielska, terapia WHH i Stanów Szczytowych, zebiegi węzłów karmicznych, www.openwings.pl,
  • Status: Uzdrowiciel
[#]   « 2012-08-24, 00:33:17 »
Moja mama przyjechała mnie odwiedzić, już po paru minutach miałam jej dość, a co dopiero pod koniec dnia. Ma tak silne wzorce prowokacji żeby ją zgnoić, że na prawdę trzeba się starać żeby tego nie robić. Zostaje opcja olać ją totalnie albo próbować nie reagować.
Doszłam do wniosku, że w ogóle nie potrzebuję kontaktu bezpośredniego z moją mamą, nawet telefoniczny wystarczałby mi raz na miesiąc, ale z uprzejmości odbieram od niej telefony.
Jesteśmy zupełnie inne, chodzi nam o coś innego w życiu. Ona próbuje za wszelką cenę zostać tam gdzie jest, jednocześnie licząc, że coś się zmieni w jej życiu. Tylko jeszcze nie kuma, że to niemożliwe. Kiedyś próbowałam się z nią dogadywać na siłę i nazywałam to miłością, teraz mnie ta relacja mocno męczy.

To typ osoby, która powtarza w kółko to samo, oczekując innego rezultatu (za fb ;)). Ja wymiękam.
Wcześniej miałam poczucie winy, kiedy stanowczo mówiłam jej co ma do uzdrowienia, bo się wtedy robiła jak bezbronne dziecko, łzy w oczach i rozpacz. Tyle, że z nią się nie da inaczej. Jest jak beton. Tysiąc razy próbowałam do niej dotrzeć, pomóc jej, ale to jest awykonalne. Prosiłam Leszka, ale jej opór na zmiany jest zbyt duży. Widocznie musi dostać jeszcze w dupę.
Staramy się z rodzeństwem jej pomóc rozwiązać nieciekawą sytuację i materialną i z moim ojcem, ale jak ona coś wymyśli, to nic tylko płakać. I dlatego sytuacja stoi w miejscu, a ona ciągle ucieka w sen, niestety przez brak działania sama siebie powoli wkopuje i resztę rodziny zresztą też.
Jakaś część mnie jeszcze się irytuje pod jej kątem, a inna jeszcze czuje się winna, że tak ją traktuję. Może to ma mnie zmotywować by w pełni uzdrowić z nią relację...


Iustitia

  • Gość
[#]   « 2012-08-18, 20:54:36 »
Mnie zdumiewa jak często rodziny bronią się przed uzdrowieniem. Moja wlasna mama wpętala się w poważną chorobe dwukrotnie by tylko mnie zatrzymać. Dopiero jak zobaczyla, jak to na nią wplywa -to Ona wszak miala bolesne zabiegi zdecydowala sie wyzdrowieć wprawiając tym w oslupienie lekarzy:)szybkość intencji uzdrowienia i materializacja efektow zaskakująca:)Dopiero teraz jest milość, luz, spokoj:)A jeśli placzemy to ze smiechu jak dzisiaj nad obiadem:)

MariuszEro

  • Wiadomości: 299
  • Płeć: Mężczyzna
  • Mariusz Dziemianczuk Regreser:regresing,rebirthing, praca z oddechem,pozytywne myslenie,EFT
  • Status: Ekspert
[#]   « 2012-08-18, 19:34:03 »
Rodzice uparci, z dużym dda, to niestety zadne wsparcie. Przyzwyczajenie do grania w poczucie winy, wpedzanie w rolę ofiary to czesto jedyne wzorce "dogadywania sie" z ludzmi, którzy maja odmienne zdanie!

Taka rodzina zna nasze bolesne wspomnienia, i czesto tylko szuka tematu, aby wywolac emocje. Jak sie ktos poplacze, zasmuci, to jest satysfakcja, chec dalszego naciskania, az do wybuchu emocji. To bywa jedyny sposob na wyrazenie tak skrajnych odczuc. Emocje nie sa dopuszczalne.
Sytuacja ataku, agresji daje szanse rozladowywania frustracji, a wyzwolenie sie z roli ofiary, bezradnosci, wybuchem emocjonalnym wyrywa z otępienia, i transu ofiary.
Te schematy sa odtwarzane czesto codziennie. Poziom frustracji naszego spoleczenstwa jest ogromny, wiec projektowanie na dziecko swego niezadowolenie przychodzi wyjatkowo latwo. To przeciez "normalna" sprawa ponarzekac na kogokolwiek.  Narzekaja na Kubice, politykow, sportowcow, i co wiadome wiedza lepiej od samego trenera, dlaczego nie poszlo tak jak powinno ;)

Blackrose

  • Wiadomości: 1 331
  • Płeć: Kobieta
  • Access Bars, psychoterapia, masaże, uzdrawianie duchowe
  • Status: Zaawansowany
[#]   « 2012-08-18, 19:15:49 »
Ciężko nie oceniać rodziny, jeśli zarzuca się jej wyrządzenie krzywd i zmarnowanie większego etapu życia. Myślę, że takie pełne zrozumienia patrzenie na rodzinę związane jest z wybaczeniem. Bez wybaczania istnieje zbyt wiele zaślepień emocjami i dojrzałe reagowanie bywa utrudnione. Ja wciąż czuję się uwikłana. Wiem, że zmiany zależą wyłącznie od ich dobrej woli, w przypadku jej braku pozostaną w swoim bagienku. Przywykłam, aby ich pilnować i brać odpowiedzialność za cierpienie. Trudno mi z tego wyjść, gdyż wychowano mnie w poczuciu winy. Lata przeznaczyłam na próby zrozumienia mojej rodziny, wybielenia jej, usprawiedliwiania. Stosowałam sporo mechanizmów obronnych, aby poradzić sobie z moim żalem. Broniłam się przed tym, aby nie obwinić,a tym samym na siłę zrozumieć. Przyszedł czas, gdy chciałam wyrzucić z siebie moje cierpienie, całą agresję, które wcześniej objęte były kontrolą. Dopiero po takim wybuchu, przepracowaniu tematu z samą sobą doswiadczyłam zrozumienia i mam mniejsza tendencję do oceniania. Myślę, że to jest tak: Im bardziej samodzielne życie, dystans, tym większa możliwość takiej interpretacji zachowań rodziny - możliwość, aby patrzeć pozytywniej, swobodniej, z większą akceptacją. Nie każdemu się to udaje. Zależy kto komu ile zalazł za skórę. Im dalej przebywam od rodziny, tym łatwiej mi o odczucia miłości, przebaczenie, zrozumienie - słabsze ocenianie. Mój pobyt w rodzinnym domu związany jest z wybuchami emocjonalnymi, tak jakbym musiała zejść na ich poziom, zdenerwować się, pokrzyczeć. Zmuszają mnie do tego swoimi problemami i cierpieniem. Wtedy nie potrafię się kontrolować. Rodzina staje się winna, ponieważ czuję się ofiarą tego systemu. Jakbym była jedynie efektem bezradnego wychowania. Nie mówiąc już o tym, że narazie wracam do domu jedynie z poczucia winy, z poczucia przymusu czy obowiązku.
Gdy jest konflikt emocjonalny nie pomaga świadmość, że rodzice mieli ciężko, że się poświecali, że próbowali wychować mnie jak najlepiej. Im więcej wybaczam i im lepiej radzę sobie w życiu - tym prościej mi ich zrozumieć i zaakceptować. To proces wymagający w wielu przypadkach czasu.

Mateusz

  • Wiadomości: 1 213
  • Status: Obserwator
[#]   « 2012-08-18, 12:31:02 »
Takie luźne refleksje z ostatniego czasu:
Trochę przyjrzałem się relacjom z rodzicami. To, co dostrzegłem spowodowało pewne zmiany w moim nastawieniu do nich. Kiedyś widząc ich intencje, często jeszcze z dawnych wcieleń, oceniałem wszystko zdecydowanie jednoznacznie: coś było dobre- pozytywne wobec mnie lub złe - negatywne. Moja postawa wobec nich była więc oceniająca, coś na zasadzie sędziego, który kieruje się samą sprawiedliwością.
Co się zmieniło w moim postrzeganiu? Rozmowa dużo może wyjaśnić i wyjaśniła. Nie oceniam ich tak surowo i krytycznie jak do tej pory. Przeszłość była jaka była, co do niej się nie mylę, bo dobrze ją poznałem, ale żyjemy teraz w nowych warunkach stąd też i inne sprawy się nawarstwiły i tym samym relacja stała się bardziej złożona.
Postawa rodziców wobec dziecka przejawia się w wychowaniu, które w ich przekonaniu najczęściej jest/powinna być/ wyrazem miłości i poświęcenia się. Im naprawdę wydaje się, że bardzo kochają (tylko mają swój sposób wyrażania tej miłości i pojmowania- to już mój komentarz). Są pełni różnych przekonań, jak sami byli wychowywani, jakie wzorce mieli wokół siebie, tradycje, doświadczenie, lęki... 
Czasem oddali by życie, żeby na siłę wtłoczyć dziecku ich własne rozumienie szczęścia, jakiego dziecko według nich właśnie potrzebuje. Kiedy dziecko nie chce ich słuchać reagują różnie, najczęściej martwią się bo wydaje im się, że ono źle wybrało.
Może jeszcze inna postawa rodzica. Kiedyś, gdy było w zwyczaju, że dzieci się musztrowało, rodzic był przekonany, że to jest najlepszy sposób dobrego wychowania. Tylko w ten sposób można wychować dzieci na porządnych ludzi. Właśnie rózgą i karaniem, żeby były pokorne i posłuszne. Teraz czasy się zmieniły, ale rodzic ma w podświadomości dalej te programy. Teraz wobec dzieci, unowocześnia swoje metody wychowawcze i już ich nie bije i nie ćwiczy jak kiedyś, ale używa różnych innych sposobów i  manipulacji, żeby mieć pełną kontrolę. Jest np. surowy, niedostępny, zdystansowany, zimny, żeby się nie spoufalać. Dziecko boi się zbyt surowego rodzica, brakuje mu bezpieczeństwa, nie ma poczucia, że jest chciane i kochane.
Często rodzice działają mechanicznie jak zaprogramowani. Twierdzą, że dzieci są dla nich największym skarbem, a zachowują się często jakby one były dla nich kłopotem. Gdyby im to powiedzieć wprost, postawili by oczy w słup i stanowczo zaprzeczyli. Przecież my was bardzo kochamy. Ale deklaracje to jedno a działanie drugie. Często nie ma w tym świadomej obłudy, to jest rozbieżność, nieuświadomiona, mechaniczna, wynikająca z przyzwyczajenia, wpływu emocji itd. Czy trzeba podtrzymywać żale i pretensje do kogoś, kto nie jest kimś doskonałym i idealnym wychowawcą, bo jest człowiekiem żyjącym w ignorancji, błądzącym i uczącym się na swoich błędach?
Jak więc odbieram rodziców? Mam więcej wyrozumiałości, zrozumienia. Widzę w nich zwykłych ludzi i nie wymagam cudów i doskonałości. Nie mieli przygotowania pedagogicznego, nie studiowali psychologii. Działali na miarę swojej wiedzy, swoich możliwości, zdolności. Nade wszystko przekazywali to, co im przekazano i jak ich wychowano.   
Do tego wszystkiego doszły moje intencje, czyli wybór takich a nie innych rodziców, z takimi a nie innymi wzorcami. W zasadzie to ja sam swoimi wzorcami i intencjami wykreowałem i dalej kreuję sobie relację z rodzicami, oni traktują mnie zgodnie z moimi intencjami i oczekiwaniami.